No to postanowione – przejadę polski fragment Euro Velo 10. I w tym momencie rozpoczęła się zabawa. kombinowanie i planowanie niczym rozwiązywanie łamigłówek logicznych. A że to lubię – poczułam się znów w swoim żywiole. Do zgrania miałam – urlopy (mój i koleżanki), PKP – lub ogólnie dojazd i powrót do miejsca startu i mety, kierunek jazdy, własne siły. W drugiej kolejności – noclegi, których planowanie nie okazało się takie oczywiste, jak mogłoby się na początku wydawać. Wiele obiektów było już zajętych albo nie spełniających oczekiwań, a to zmuszało mnie to zmian w etapach. Podczas planowania całego EV10 plany miałam od zupełnie szalonych – jadę wszystko „na raz”, do tych bardziej rozsądnych i oszczędnych urlopowo – w piątek po pracy pociąg, sobota i niedziela – rower, i w niedzielę wieczorem powrót do domu.
Ostatecznie, biorąc pod uwagę tremę związaną z samodzielnym zaplanowaniem kilkudniowego wyjazdu – i wszystkie związane z tym obawy i lęki, hamując niepoprawny optymizm, ustaliłam ostateczny plan.
Zapraszam Was do poczytania o tym, jak zaplanowałam i zrealizowałam pierwszy etap zdobywania północnej granicy Polski.

Szlak/trasa
Euro Velo 10 to międzynarodowy szlak rowerowy dookoła basenu Morza Bałtyckiego o długości 9100 km, przebiegający przez 9 krajów.
Ślad GPX pobrałam ze strony velomapa (są tutaj tylko oficjalne szlaki, na bieżąco aktualizowane). Postanowiłam trzymać się oficjalnego przebiegu trasy, ponieważ nie miałam pewności jak mi pójdzie, a część atrakcji znajdujących się w na i w pobliżu trasy – miałam okazję zobaczyć i odwiedzić wcześniej. Poza tym, mieszkam na północy Polski, więc nie są to rejony w moim odczuciu bardzo odległe, do których przyjazd jest dużym przedsięwzięciem.
Kierunek jazdy
Z zachodu na wschód. Dlaczego tak? Już wyjaśniam. Na grupach dyskusyjnych bardzo często padało to pytanie, i przyznam szczerze, gdy je zobaczyłam po raz pierwszy pomyślałam sobie – WTF!? Jakie znaczenie ma kierunek?? Otóż ma. Czytając wpisy osób, które przejechały EV10, pytanie nabierało sensu, a wybór kierunku stawał się ważny (na pewno dla początkującego). No więc – dlaczego? Ano dlatego, że opierając się na statystykach – częściej wieją u nas wiatry zachodnie (takie z zachodu 😉 ), więc jadąc ze Świnoujścia – mamy wspomaganie.
Start-Stop
Zaczynam w Świnoujściu – jest najdalej od domu, najtrudniej tu dojechać – więc jest najbardziej czasochłonne. Wszystkie inne nieprzejechane fragmenty będą już bliżej domu – w zasięgu wygodniejszego dojazdu czy to pociągiem, czy to samochodem. I mniej czasochłonne. Jak się później okazało – decyzja była dobra, a ostatni element układanki północnej granicy Polski przejechałam „prosto z biura do pociągu i cyk do domu”. Ale to w kolejnych wpisach.
Etapy – dystanse do przejechania

Dojazd – powrót
PKP – uwaga! Przez Poznań! 😉
Wprawdzie nie było czasu na zwiedzanie, ale było go odpowiednio dużo na spokojną przesiadkę. Na tamten czas i doświadczenie – było to dla mnie najlepsze połączenie – jechałam sama, z rowerem i sakwami, nie znałam dworca w Poznaniu, nie przesiadałam się tutaj, nie wiedziałam czego się spodziewać – ile czasu zajmie mi znalezienie tablicy informacyjnej a potem peronu, czy będzie opóźnienie, jeśli tak – to jakie? W efekcie wyszło całkiem fajnie – spokojnie się odnalazłam, kupiłam coś do jedzenia, pokonałam windy i schody, i zrobiłam kilka zdjęć. Dobrze jest się nie spieszyć.

Do Świnoujścia dojechałam późnym wieczorem – przeprawa promowa Warszów-Świnoujście, szybka kolacja, podłączanie wszystkiego do ładowania ostatnie rzuty oka na mapy i nawigację, i spać.

Noclegi
Noclegi są dla mnie bardzo ważne – lubię mieć spokój w głowie, że czeka na mnie gorący prysznic i wygodne łóżko, dlatego rezerwuję je z wyprzedzeniem – na etapie planowania wyjazdu. Podziwiam osoby, które dopiero podczas wyjazdu rezerwują kwatery, albo z trasy – jadą sobie jadą i przy okazji przerwy na kawę – rezerwują nocleg na już. Takie spontaniczne akcje jeszcze nie są dla mnie 😉
W moim przypadku obowiązkowe punkty podczas rezerwowania noclegu to:
- bezpłatne odwołanie
- prywatna łazienka
- śniadanie
I o ile dwa pierwsze są niezbędne, o tyle śniadanie można ogarnąć samemu.
I jeszcze jedno – czytając relacje na grupach – podziwiam osoby, które śpią w lesie – w namiotach albo na hamakach rozwieszonych w lasach albo w miejscach odpoczynku rowerzystów – na przykład w wiatach. Na pewno ma to swój urok i klimat, dziękuję i pozostanę przy swoich wyborach 😉
Ogólne wrażenia z trasy – oznakowanie, trudność, przebieg
Bardzo pozytywne. W województwie zachodniopomorskim nawigacja jest w zasadzie niepotrzebna – szlak jest cudownie oznakowany – tabliczki, drogowskazy, znaki namalowane na drodze, drzewach i słupach. Dosłownie w kilku miejscach można się zawahać. Dodatkowo w piątek, kiedy jechałam pociągiem, pojawiła się informacja, że została udostępniona aplikacja „Pomorze Zachodnie” z aktualnym przebiegiem Velo Baltica. Zainstalowałam i korzystałam – aplikacja pokazuje miejsce, w którym aktualnie się znajdujemy i atrakcje w pobliżu. Polecam 😉
Natomiast po przekroczeniu granicy województw i wjechaniu na teren województwa pomorskiego – od razu, obowiązkowo, uruchamiamy nawigację, jedną i drugą, i korzystamy z nich więcej niż często. Dodatkowo nawierzchnia wielu fragmentów pozostawia wiele do życzenia. Pomińmy kwestie obszarów chronionych, parków i rezerwatów, ale nie da się nie wspomnieć o tym, że (w 2024 roku) zwiastunem czarnej rozpaczy na terenie Słowińskiego Parku Narodowego były tabliczki z napisem „zmiana nawierzchni na odcinku…” czy „trasa zaplanowana do przebudowy…”. Oznaczało to kilkukilometrowe odcinki kopnego piachu, co w moim przypadku oznaczało zejście z roweru i po prostu prowadzenie go, a raczej pchanie w grząskim piachu.

Nawierzchnia jest bardzo zróżnicowana – nowy, piękny i gładki asfalt, kopny piach, kocie łby (akurat pod górkę), płyty jumbo, po których nie wiadomo jak jechać – czy środkiem w piachu, czy po płytach starając się nie wpadać w dziury. Tak źle i tak niedobrze. Nie można się nudzić, i kiedy już wydaje się, że nic gorszego mnie nie spotka – można się zaskoczyć.

Widoki są przepiękne. Jedziemy przez lasy, miasta, łąki, wzdłuż plaż i po mierzejach. Jest pięknie, malowniczo, czasami nudno (no bo ile można). Czasami jest niebezpiecznie i musimy się troszkę bardziej skoncentrować – jedziemy przez miejscowości turystyczne, w sezonie bardzo oblegane, a turyści bywają nieuważni. Pamiętam jeden dość ciekawie poprowadzony fragment – ścieżka rowerowa połączona jest z chodnikiem, z jednej strony są ściany budynków – wychodzący ze sklepów wchodzą bezpośrednio na ścieżkę rowerową, a z drugiej strony jest płot i skarpa. Jest wąsko, tłoczno (nawet przed sezonem) i trzeba uważać, zwolnić, uzbroić się w cierpliwość i bezpiecznie przejechać.

Co okazało się nieoczywiste? Nauki na przyszłość.
Moja nawigacja rowerowa nie ogarnia dużych plików GPX. Błędnie założyłam, że nie muszę dzielić pliku 500 km na mniejsze odcinki, a telefon i urządzenie poradzą sobie bez problemu. W efekcie – pierwszy dzień jechałam bez aktywnej nawigacji – korzystając z oznaczeń na szlaku, a w wątpliwych momentach – zerkałam na telefon, do aplikacji. W województwie pomorskim to by nie przeszło.
Bilety do Wolińskiego Parku Narodowego i Zagrody Żubrów – wypada mieć wykupiony bilet. Można kupić przez internet i dodać do portfela w telefonie. Jeśli zapomnicie – można kupić przy wejściu. I uwaga – bilety trzeba okazywać na życzenie, a za ich brak można otrzymać mandat.

Nie musiałam zabierać ze sobą sakw. Przekonałam się o tym dopiero jesienią, kiedy jechałam Green Velo – spakowana w kuferek, nerkę i dodatkowy worko-plecak przyczepiany do kuferka za pomocą gum. Doświadczenie zdobyte. Na usprawiedliwienie dodam, że w czerwcu byłam świeżo po wyjeździe nad Jezioro Garda, tam byliśmy z sakwami, nie miałam jeszcze kuferka na bagażnik, a mi wydawało się, że potrzeba TYLU rzeczy. No i nie był jeszcze oczywisty patent z wysyłaniem brudnych i niepotrzebnych rzeczy przez Paczkomat.

Gdybym chciała zobaczyć to wszystko, co już wcześniej widziałam – potrzebny byłby dodatkowy dzień jazdy wraz ze skróceniem dystansów dziennych. Wszystkie latarnie morskie, klify, wydmy, punkty widokowe, miasta, miasteczka…
Ciekawe miejsca, które odwiedziłam podczas wyjazdu
Świnoujście – granica polsko-niemiecka. Obowiązkowe miejsce do zrobienia zdjęcia z wyprawy. Bardzo często zestawiane później ze zdjęciem z Helu.

Świnujście – przeprawa promem Warszów-Świnoujście.
Woliński Park Narodowy i Zagroda Żubrów – wstęp i przejazd biletowany, odwiedzenie Zagrody – minimalnie 15 minut, więc nie ma co się zastanawiać – tylko odwiedzić. Zobaczyć tutaj można również bieliki, wilki i dziki oraz jelenie i sarny.
Trzęsacz – kościół świętego Mikołaja – wybudowany w 1124 roku w odległości około 1,8-2,0 km od morza. Obecnie, z powodu podmywania gruntu, ruiny kościoła znajdują się tuż przy ścianie klifu. Widok jest niesamowity – zwłaszcza z kładki zbudowanej zarówno dla plażowiczów, jak i dla tych, którzy przyjechali podziwiać widoki.

Kołobrzeg-Podczele Ekopark Wschodni – ulica Na Grobli. Przepiękna droga, a raczej ścieżka, po której obu stronach żeruje i gniazduje blisko 100 gatunków ptaków. Cudowne do oglądania o poranku lub zachodzie słońca, albo gdy jest mgła 😉 Ptaki wychodzą na ścieżkę i często nie boja się rowerzystów czy spacerowiczów.

Chłopy – w lesie nieopodal, tuż przy trasie – pomnik 16 południka
Jezioro Kopań – cudowna, malownicza, przepiękna droga – z prawej strony jezioro, z lewej – otwarte morze. Przepiękne widoki! Można stracić sporo czasu na zatrzymywanie się i łapanie coraz to piękniejszych ujęć.

Jarosławiec – nocleg w polskim Dubaju – obowiązkowo! I choćby kilometry się nie zgadzały – chciałam tutaj zanocować. Ostatecznie – szału nie było, i moim zdaniem, są ładniejsze miejscowości nadmorskie i ładniejsze plaże. Mekka dla miłośników kebabów, a nazwy „kebabowni” – adekwatne do przydomka miejscowości 😉
Dlaczego polski Dubaj? Ponieważ jest tutaj największa sztuczna plaża w Europie – ma powierzchnię 5 hektarów. Powstała w wyniku prac, prowadzonych najpierw w 2009 roku, a później od 2016 roku. Prace te miały na celu ochronę plaży i klifu jarosławskiego. W 2016 roku wykonano kamienne ramiona ochraniające plażę, która obecnie uważana jest za najczystszą w Polsce.

Słowiński Park Narodowy – piękny sam w sobie. Bardzo żałuję, że wieża widokowa była zamknięta. Dla odważnych – można wybrać wersję trasy przez Rezerwat w Klukach.

Ogólnie rzecz biorąc…
… wyszło całkiem fajnie! Godziny przygotowań – planowania trasy, noclegów, dojazdów, rezerwowanie biletów, noclegów, lista rzeczy do zabrania, lista obaw „a co jeśli”, przygotowane opcje ratunkowe – wszystko to było bardzo fajnym doświadczeniem. A po wszystkim – uwierzyłam we własne siły, umiejętności, poznałam swoją odporność i doznałam całego przekroju różnych uczuć – od hurra optymizmu, poprzez przeklinanie wszystkiego i wszystkich, na płaczu kończąc.
Optymizm był wtedy, gdy wiało w plecy, były piękne widoki, było bezpiecznie i przyjemnie, i dojeżdżałam do celu.
Przeklinanie było wtedy, gdy była słaba nawierzchnia, combo w postaci podjazdu i kocich łbów, i wtedy, kiedy brakowało sił, i pojawiał się pośpiech.
A łzy – przede wszystkim na kopnym piachu – trzeciego dnia jazdy, pod sam koniec trasy, kiedy do przejechanie zostało niecałe 10 kilometrów, a w Łebie, w restauracji, czekali już na mnie Kamil i Emi, w ciepłej restauracji, z ciepłą zupą i samochodem na parkingu. A ja w piachu, dziurawych płytach i wąskiej drodze z mega dziurami, gdzie ciężarówki spychały mnie do rowu. Dodatkowo rozładowujący się zegarek, telefon. Jednym słowem – końcówka.

W pociągu, stojąc na stacji w Szczecinie, od słowa do słowa nawiązała się rozmowa. Poznałam bardzo interesującego człowieka, który od lat pracuje w jednej takiej dużej polskiej firmie, a dzięki swojej rowerowej pasji i ogromnemu doświadczeniu w jeździe na rowerze (z wyścigami i kolarstwem torowym włącznie) – wypracował u swojego pracodawcy dofinansowanie do wyjazdów rowerowych dla pracowników, przez niego organizowanych. Zaraża i dzieli się swoją pasją ze współpracownikami, organizuje jedno- i kilkudniowe wyjazdy rowerowe (częściowo finansowane przez pracodawcę), i dzięki temu przekonał i zaraził swoją pasją już wiele osób. Jesiennymi wieczorami siedzi i planuje, a od wiosny do jesieni – realizuje swoje plany. Rozmowa z nim dodała mi skrzydeł, dała nadzieję, że u mojego pracodawcy coś podobnego uda się „rozkręcić”, wciągnąć ludzi w turystykę rowerową, sport rowerowy, pokazać, że na prawdę niewiele trzeba aby zacząć jeździć – bezpiecznie i przyjemnie.

Dodatkowo powstała lista – gotowa lista rzeczy do zabrania; oraz ogromna ochota na więcej. Bo udało się, bo mogę, bo wyszło, bo dałam radę sama.

Podsumowanie wydatków

Pozostałych wydatków nie biorę pod uwagę – woda, jedzenie, przekąski weszłyby i bez roweru 😉
Podsumowanie
3 dni jazdy
323,29 kilometrów
19,5 godziny jazdy na rowerze (samej jazdy)
839,00 złotych wydanych ekstra
dużo strachu
jeszcze więcej satysfakcji
troszkę doświadczenia
I na koniec – Niezbędnik
Początek/Koniec – Świnoujście-Łeba
Długość trasy – 324 kilometry
Kiedy jechać? Jeśli chcecie mieć trasę dla siebie – sugeruję poza sezonem wakacyjnym. Jeśli Wam to nie przeszkadza – każdy czas jest dobry. No może poza śnieżną zimą, bo całkiem prawdopodobne, że utkniecie gdzieś w lesie. Ostatnie „elementy układanki” miałam przyjemność przejechać późnym latem – koniec sierpnia i wrzesień, i powiem Wam, że wtedy było przepięknie! Poczekajcie cierpliwie do wpisu o odcinku od Łeby do Jastrzębiej Góry – tam będą dopiero zdjęcia! I tak, wydaje mi się, że wtedy było najładniej – a było to 31 sierpnia. Takie już rozleniwione lato z wrzosami. Cudownie! Ale to niebawem 😉
Czym jechać? Jeśli chcemy trzymać się szlaku – wszystkim tylko nie rowerem szosowym 😉 Na takim egzemplarzu zapłaczemy się na płytach jumbo, kocich łbach i stracimy mnóstwo czasu na piach, błoto, ściółkę leśną czy inne ubite gruntowe leśne dróżki. Szosę zostawmy na Żuławy 😉
Co zabrać ze sobą? Środek na komary, chociaż mi dziwnym trafem udało się bez ukąszeń, koniecznie krem z filtrem SPF 50 (wiatr, słońce, woda – potrafią zrobić swoje). Dodatkowo – cierpliwość do turystów, koniecznie aparat fotograficzny/kamerę, bilety do Wolińskiego Parku Narodowego i uśmiech – w sumie trasa jest piękna i uśmiech sam się pojawia 😛
Jak dojechać na start? Pociąg do Świnoujścia, samochód, rower 😉
Dziękuję za czas!
